"Przyszłość należy do Was, do młodych. Trzeba abyście wchodzili na wielkie drogi historii nie tylko tu w Europie, ale na wszystkich kontynentach i wszędzie ażebyście stawali się świadkami chrystusowych błogosławieństw."
JPII

UPORZĄDKOWANY BLOG NA MOJEJ NOWEJ STRONIE:
http://jacektraveler.wixsite.com/jacek-traveler

Wyświetlenia

niedziela, 5 lipca 2015

Życie w Calce - jak to wszystko wygląda.


Calca


Górskie miasteczko liczące 10 tysięcy mieszkańców, położone na 3 tysiącach metrów w Świętej Dolinie Inków. Miejsce przejściowe w drodze do wyższych And, w drodze do nieodległego Machu Picchu. Miejsce misjonarzy salezjańskich, którzy przybywają, aby odpocząć po drodze do odległych wiosek.

Calca tętni życiem. Jest dużo dzieciaków, które przybywają z wysokich gór, pokonując często kilka kilometrów. Uczą się w szkołach każdego szczebla. Bez wątpienia Calca jest miasteczkiem szkół. Centrum Calci stanowi kościół oraz ratusz miasta. Nieopodal jest również mercado, na którym przeważnie robimy zakupy. Dookoła w wąskich uliczkach są malutkie sklepiki umieszczone na dolnym piętrze lepionych domków. Są też sklepy papiernicze, kafejki internetowe, wypożyczalnie filmów, sklepy obuwnicze - gdzie również wymienia się podeszwy, krawiec, fryzjer i wiele innych.



Widok na Calcę z 4-tysięcznika.


Główny plac miasteczka - Plaza de Armas.


Kościół św. Piotra



Zapraszam do przejścia po rynku.


Z trzydzieści stopni w cieniu. Rozpalone słońce podgrzewa miejską patelnię. Bezpańskie psy latają pod nogami. Zahaczają o stragany. Załatwiają się na ziemniaki. Kolorowe ulice wypchane owocami, warzywami i przedmiotami codziennego użytku. W tłum ludzi mieszają się motory z trzema kołami i obudowaną górą. Robią uniki, manewrując na krawędzi wywrócenia się i otarcia o przechodniów.  Trąbienia, krzyki, namawianie do zakupu. Na bocznej ulicy odbijającej od głównego rynku pojawiają się dwa maluchy. Wracają ze szkoły ciągnąc za sobą dwa malutkie plecaczki na kółkach. Zauważają "gringo" - kolejne oczy zapatrzone w jeden wyższy biały punkt. A ja? A ja już przyzwyczajam się do tego stanu rzeczy i martwię się tylko, żeby zapatrzone główki ni uderzyły o zbliżający się do nich słup. W sumie, jak byście zareagowali gdyby na waszej codziennej drodze pojawiło się ufo? 



Nie tylko pięknie ale i smacznie! 




Na rynku niezmiennie świat biegnie inaczej. Nie wszystkie zasady muszą być przestrzegane. Cel jest jeden - tani zakup tego co trzeba. Owoce turlają się po chodniku. Kolorowe Panie chodzą z zawiniętymi dziećmi na plecach. Dzieci skryte, ale jak to dzieci lubią zabawę. I mi udaje się zabawić młodszą koleżankę poza zasięgiem wzroku mamy. Kucharka z którą poszedłem kupuje kurczaka. Wybiera, przebiera, dotyka, przekłada, jakby sprawdzała wytrzymałość rozkładającego się mięsa. Spadła jej połówka na ziemię! Szybko podniosła i naturalnym ruchem odłożyła na swoje miejsce. Pozostałe wkłada do siatki. Spadło raz jeszcze! Trudno, odkłada na bok i dobiera kolejne kawałki. 
Zapach kurczaków wyłożonych na stołach bez strachu przed słońcem unosi się nad rynkiem. Przyjemnie nie jest, ale idzie się przyzwyczaić.

Mercado.

Początek misji, nowe doświadczenie i ogólne nieogarnięcie. 


-Pablo, poczekaj tutaj na mnie. Ja zaraz wracam. - powiedziała do mnie kuchara

...no to czekam przed główną bramą z siatką pełną zamrożonych kurczaków. Z minuty na minuty zapach z białego płóciennego worka jest coraz ostrzejszy. Z dołu zaczyna wypływać czerwień. Ludzie coraz dłużej zawieszają wzrok na białym ludku z białym workiem pod białym murkiem otaczającym ryneczek. Po raz kolejny jestem atrakcją turystyczną. Po raz kolejny słyszę O! Gringo! z ust młodszych dzieci. Dla starszych też jestem ciekawostką. Z biegiem czasu mojego czekania, zaczęli podchodzić i rozmawiać ze mną ludzie. Może rozmowy to nie przypominało, bo nie byłem w stanie odpowiadać, tego co naprawdę chciałem ale było miło, a pytania się powtarzały. Czy to policjant, czy pani od ziemniaków, czy kierowca mototaxi pytali o to samo: co robię, gdzie mieszkam, jak ma na imię i skąd jestem. Takie pierwsze zapoznanie, taki pierwszy kontakt z lokalną społecznością. Kiedy kurczaki już się rozmroziły, wróciła kucharka i udaliśmy się moto do domu szykować obiad...



Mięcho mięcho !! :D europejskie standardy SANEPIDu.



Dział mięsny. 





Kolejka kobiet do banku.




Sklepik spożywczy.


Sklep z zegarkami i zegarmistrz.


FILMIK 

W filmiku jedziemy Mototaxi. Zawozimy kurczaka do piekarni, podglądamy życie na rynku oraz obserwujemy kolejkę kobiet przybyłych z gór po odbiór zasiłku. Wszystko otoczone trzema charakterystycznymi dla tego regionu (Świętej Doliny Inków) piosenkami.



lub bezpośrednio link na ytb: https://www.youtube.com/watch?v=l3ChBam0Ai4&feature=youtu.be


Mototaxi. Przejazd od 1 do 2 soli (1 sol=1,08zł) - z wniesieniem bagażu do domu! ;)




Lokalna społeczność. Zawinięte dziecko w kolorowe płótno, a w wiaderkach sfermentowana chicha. 

Typowy ubiór kobiety peruwiańskiej z regionu Cusco. Kolory spódnicy różnią się między regionami lub wioskami. 



Przysmak Peruwiańczyków - popcorn.



Peru nie jest drogie. Dorobienie kluczy kosztuje 3 sole, 5 bułeczek 1 sola, piwo cusqeńa 0,5 - 4 sole, żależnie od miejsca.

Najczęściej spotykanymi samochodami są Hyundai i Toyota (głównie Hillux, którą masowo wypożyczają przyjeżdżający turyści).


Paliwo sprzedaje się w galonach. 


Udko z kurczaka 10,80 Sola. 



Banany !! 1 sol 4-5 bananów! :D - a ile rodzai!


Mobilny sklepik. Wszędzie tam gdzie dzieci, tam i on :)

Budka telefoniczna. Wypożyczasz telefon komórkowy (na końcu kolorowej tasiemki) i dzwonisz. 


Każda kobieta ma długie włosy. Panuje moda na noszenie różnych kapeluszy oraz warkoczy. Jeżeli są dwa, są związywane na końcu. Jeżeli włosy są zbyt krótkie - nie raz doczepiają sobie lub związuje je wełnianą nitką :)



Obuwie z opony. 

W peruwiańskiej telewizji niestety oprócz ogłoszeń wyborczych jest dużo miejsca na zupełnie bezwartościowe i bezcelowe reportaże i serwisy informacyjne. Większość czasu podczas wiadomości zawierają informacje o samych morderstwach, potrąceniach na ulicy i długich analiz jak pewna kobieta uniknęła wypadku. W radio nie jest lepiej. Często słychać ogłoszenia wróżek i zachęcenia do czarnej magii.


Zamiast reklam i ogłoszeń wyborczych malowidła na ścianach domu.

Jeżeli chcesz udać się do innego miasteczka z pewnością napotkasz na combi - busa, który każdego z każdym bagażem zabierze. Wyjazdy są cyklicznie, jednak ostatecznie o godzinie wyjazdu decyduje zapełnienie się busa. Raz czekasz godzinę, a raz wsiadasz jako ostatni i jedziesz :) 


Przed drogą do Lares. 

Msze święte w których miałem przyjemność brać udział były bardzo żywe. Księża mają bardzo osobisty kontakt podczas przewodniczenia mszy, jest dużo wspólnych śpiewów, klaskania...być może wynika to z rodzaju mszy.

Gdy masz jest odprawiana w intencji zmarłego, po mszy przed kościołem rodzina zmarłego częstuje ciastem i kakao. (akurat tak trafiłem).

Po mszy również wierni podchodzą pod ołtarz i następuje poświęcenie wodą święconą. Woda, szczególnie święcona jest bardzo ważnym elementem w ich kulturze i nabiera wręcz magicznego znaczenia. Każdy chce być dotknięty wodą, co przypomina wręcz oblewanie się nią.

Ojcze Nasz..

Mój pierwszy raz w kościele w Calce był dość tragiczny. Usiadłem w ławce niedaleko od ołtarza. Odwróciłem głowę w lewo i... mój wzrok spotkał się ze wzrokiem Maryi. Ale jakim wzrokiem! Małe, czarne oczy, skupiające maksymalną uwagę na jednym punkcie, patrzące bezpośrednio i głęboko, jakby z wielki żalem i obwinianiem, że ukrzyżowanie to nasza sprawka!  Przeszedł dreszcz.

Obok figura Jezusa przedstawiona jeszcze bardziej realistycznie. Poturbowane ciało z widocznymi ranami, czarna od krwi, z peruką, budząca postrach swoją realistyczną posturą. Nie trzeba się niczego domyślać. Wszystko jest przedstawione czarne na białym. Nie masz wyjścia, grzeszniku.




 Podobne wizerunki można spotkać w przydrożnych kapliczkach....








jacek-traveler-misja 





sobota, 4 lipca 2015

Calca misyjnie - dzień po dniu

[spisane notatki spontanicznie sporządzane podczas pobytu na misji w Peru, które nie ujrzały światła dziennego, a mogą stanowić ciekawą bazę do dalszych wspomnień w przyszłych opowieściach... :)] 


Misja się kończy. Zaczynają się pożegnania. Pierwsze już za nami. Wolontariuszki z Lares Magda i Agnieszka po raz ostatni opuściły mury placówki w Calce patrząc na nasze jasne twarze. Tęskno będzie za nimi. Chociaż ludzkie emocje czasami mówią swoje, to po to nas Bóg powołał by być misjonarzem, raz tu, a raz tam świadcząc o codziennych prezentach, które otrzymujemy. Może w planie jest kolejne spotkanie? Jezu Ufam Tobie i z tą modlitwą łączę się z Lares i dziękuję za wspólnie spędzony czas!

Madzia i Aga na wspólnej wędrówce po wzgórzach Lares :)




Calca misyjnie - dzień po dniu...



Buenas noches - słówko na dobranoc. Modlitwa, rozważanie i podsumowanie dnia. 



Dzieciaki w szkole no to robimy prezenty! 


Każdy ma swoje obowiązki w domu. Wielkie sobotnie pranie. 


Melo i Plinio - dzisiaj sprzątanie 1 piętra w Casicie. 



Misz masz misyjny, czyli z każdego misyjnego wątku po trochu. 


 HISZPAŃSKI


Rzeczywistość wymogła, abym nagle znał hiszpański. Oczywiście w swoim życiowym miałem znajomość włoskiego i początki hiszpańskiego, jednak to nie wystarczyło, aby z dnia na dzień krzyczeć na dzieciaki wychylające się przez barierkę na drugim piętrze!

W jaki sposób nauczyć się szybko języka? Poprzez praktykę. Najlepiej jak nie masz wyjścia i masz kogoś cierpliwego, kto będzie Cię poprawiał i mówił jak powiedzieć.

Moim aniołkiem była  4 -letnia Letizia - wnuczka kucharki. Ja się z nią bawiłem, a ona uczyła mnie hiszpańskiego - oczywiście nieświadomie.


Z najlepszą nauczycielką!


Pytałem, co jak mam powiedzieć, aby ten chłopak nie spadł z piętra, aby przestał tak robić, aby oddał mi piłkę, co ma na głowie, jak się nazywa to coś na zielonym patyku i ładnie pachnie, to coś gorące, płynne i mówi się, że to pierwsze danie... Dosłownie o wszystko i to nie jeden raz!

Dzięki niej nauczyłem się zdań i słówek, które przydawały mi się nie raz podczas jej nieobecności ;)





Księżniczka Letizia.

W Peru nie witałem się Buenos Dias, tylko od razu como estas?! (zamiast dzień dobry - jak się masz ;)

Na ładne dziewczyny mówimy flacha (czyt. flaka).

Często używane słówko - chevere - wspaniałe

Na ziemniaka mówiliśmy papa! A było ich wiele gatunków... zobaczcie poniżej:





Oprócz hiszpańskiego, przepraszam - castellano - w tym regionie dominuje Quechua. utrzymywany język przodków.




Abel w tradycyjnym stroju. 



Abel śpiewający w quechua:




Z pewnością zapamiętam również niesamowite kolibry w ogrodzie; jak zamknąłem dzieciaki w kaplicy i...zabawę "pląse madąse flore", które zostało zamienione przez dzieciaki na język hiszpańki "pląse madące FLORES" ;D ; będę pamiętał też zdziwienie starszych chłopców, jak wchodziłem do śpiwora - Seńor Pablo, a co Pan robi?! :D 



Pląse madąse FLOOORES!



POSIŁKI

Nikt nie był głodny. To najważniejsze. Z jedzeniem nieźle sobie radziliśmy.



Piczony banan, codzienna bułeczka (nawet masło!) i napój z proszkowanego mleka. Królewski zestaw!



Seńor Artur z chłopakami. Przygotowywanie jutrzejszego obiadu dla gości. 




Cały dom postawiony na nogi! Jutro spodziewamy się 100 gości. 


Abel odgrzewający kolację.



Lekko słodkie bułeczki (5 sztuk - 1 zł), które stanowiły główne menu każdego śniadania. Jedzone na sucho, z masłem, dżemem, owocami lub po prostu maczane w mleku ;)



Kolacja - ryż z jabłkami? Ze wspaniałym Leonisem - wolontariuszem peruwiańskim. Wspaniały człowiek. 




Chicha morada - kompot wykonany z ananasa i czarnej kukurydzy.


Kuchnia polowa. 



ROZMOWY Z DZIEĆMI

Każda rozmowa to jak wisienka na torcie. Nie zawsze się udawała, ale każda wprowadzała nowe spojrzenie na ich mentalność i postrzeganie rzeczywistości. Oto kilka chwil, które utkwiły mi w pamięci.

Moje włosy były największym zaskoczeniem. Nie raz padały pytania, czy je farbowałem, czy mogą ich dotknąć, czy są prawdziwe?! Pewnego razu uwierzyły, że są to przeklejone włosy od naszego psiaka Golden Retrivera - Bruna... Oczywiście nie tylko nogi na głowie budziły ciekawość. Nogi też nie miały wolnego ;)


Dzieciaki były też ciekawe jak jest gdzieś tam w jakiejś Europie. Pytanie które zapaiętałem to:
- Seńor Pablo, a jak będzie Antoni w Europie? 

No właśnie, jak jest po europejsku Antonii?


Z Fiorellą podczas mycia okien ;) - czyli sobota. Fiorella koło której siedziałem przy stole przez pierwszy miesiąc pobytu. 3 razy dziennie, przez 30 dni słyszałem w odpowiedzi - no se lub nada (nie wiem/ nic). Całe szczęście po miesiącu nawiązała się przyjaźń i dialog był już bardziej kwiecisty! ;)


GALERIA z popołudniowego ORATORIUM

- czyli co tak właściwie robiliśmy...


Na popołudniowe oratorium schodziły się dzieci z ulicy, które wcześniej wyłapywaliśmy i zapraszaliśmy. Były gry, zabawy, poczęstunek oraz modlitwa - wszystko w charyzmacie Don Bosco!



Grali starsi i młodsi, którym poświęcaliśmy więcej uwagi.

Dzieciaki nie lubiły rysować. Uwielbiały za to kolorować! Po kilkunastu dniach przygotowane w Polsce szablony stały się nudne, a Internet nie mógł zaoferować nic więcej. Nastąpił czas na wydobycie (tylko skąd?!) swojego artystycznego talentu! Rysowaliśmy sami, a dzieciaki miały kolejną porcję dobrej zabawy!






Jakim kolorem pokolorowalibyście świnkę?

Ja też różowym. Ale nie w Peru, gdzie każdy malował ją na czarno :)



Dzieciaki nie wychodziły z Oratorium z pustymi rękoma. Nasz najmłodszy uczestnik z pełnym wyposażeniem u stóp Maryi ;)


Raz uciekł nam pies z ogrodu. Dostał się do dzieci, które akurat w tym czasie miały malowanie...

Bruuuno !!




O tym już kiedyś wspominałem. Dary od sponsorów dochodzą! Dziękujemy!!







Dzieciaki bardzo dobrze nas kojarzyły. Jakie było zdziwienie, kiedy szliśmy z Anią na rynek, a zza rogu wołają do nas głosy Seńor Pablo!!! Seniorita Ania!! ;)


Seńor Pabloo, a zrobi mi Pan sesję zdjęciową? 



Salon fryzjerski - Don Bosco! Seńor Pablo też może!



-Ania, masz taśmę? Musimy przykleić plakat na bramę..
-Mam...

i się zaczęło! Najlepsza zabawa na świecie! Spójrzcie:



okazało się, że nie można nic powiedzieć!

Taka cisza! :D


...a jaka radość przy ściąganiu ;))






Dokąd ten bieg? - otóż, ciepłej wody nie starczy dla każdego. O ile za dnia świeciło słońce. 


pozdrawiamy! 





jacek-traveler-misja